Swoją przygodę z Indiami rozpocząłem 16 kwietnia w mieście o wyjątkowo przyjemnej nazwie – Thiruvananthapuram. Z powodu przedłużającego się czasu oczekiwania na wizę, przyleciałem do niego z Kuala Lumpur o prawie dwa tygodnie później niż początkowo planowałem, przez co mój pobyt w tym kraju skrócił się do 14 dni. Jest to zdecydowanie za mało na całe Indie, dlatego też wybrałem tylko kilka miejsc na południu kraju. Resztę zostawiłem sobie na później
Przed przylotem szukałem w internecie informacji na temat Thiruvananthapuram. Głównym jej źródłem było dla mnie forum
www.indiamike.com. Dowiedziałem się m.in., że na samym lotnisku nie ma bankomatu, zaś wymiana pieniędzy odbywa się po bardzo niekorzystnym kursie. Jednak bankomat miał znajdować się przy ulicy niedaleko lotniska. Po opuszczeniu lotniska skierowałem się w jego kierunku. Przy bankomacie na motorikszy siedział Hindus, który na mój widok bardzo się ucieszył, ale nie wołał i nic nie proponował. Zaniepokoiło mnie to trochę. On wiedział o czymś, o czym ja miałem dowiedzieć się za moment

czyli, że bankomat nie działa. Chwilę później podszedł i zaproponował, że zawiezie mnie do miasta i zapłacę mu na miejscu po wypłacie pieniędzy w innym bankomacie. Nie mając innego wyjścia – zgodziłem się. Miał mnie zawieźć pod główny dworzec kolejowy. Przez całą drogę mówił, że zawiezie mnie do Varkali po wyjątkowo niskiej cenie, że pociągi są drogie, niewygodne itp. Nie ważne, że chciałem zostać w Trivandrum przynajmniej przez dwa dni… W końcu zatrzymujemy się pod jakąś „budą” i kierowca oznajmia, że to jest dworzec kolejowy. Zupełnie nie przypominał wielkiego dworca ze zdjęć. Dodaje, że mam iść się zapytać o bilet do Varkali, ale dzisiaj na pewno nic już nie jedzie. Sam zaś czekał przed dworcem i rozmawiał innymi Hindusami, licząc na to, że do niego wrócę. Rozglądam się dookoła. Nic się nie zgadza z mapą… Obok „dworca” znajdowały się schody na kładkę nad torami. Poszedłem w jej stronę i wtedy kierowca motorikszy wraz z innymi zaczęli wołać, że tam nic nie ma i nie powinienem tam iść! Spojrzałem na nich i zrozumiałem, że to właściwa droga

Z kładki było widać prawdziwy dworzec główny, który znajdował się kawałek w prawo po drugiej stronie torów.
Na dworcu miał być jedyny w mieście punkt dostępu do internetu bezprzewodowego Wi-Fi. Niestety Internet nie działał. Dotykowe ekrany informacyjne również nie działały. Źle to wróżyło na przyszłość… jakoś pracować przecież będę musiał.
W okolicy dworca miało być mnóstwo tanich hoteli. Nie wiem, czy trafiłem na jakieś święto, ale po dwóch godzinach poszukiwań nie znalazłem niczego w „normalnej” cenie. Albo wszystko zajęte albo dostępne tylko najdroższe pokoje. Kręcił się za mną kolejny Hindus oferujący pomoc w znalezieniu noclegu. Początkowo go olewałem, ale on uparcie szedł cały czas za mną. Gdy zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać, w końcu zgodziłem się i pojechaliśmy jego motorikszą szukać hotelu. Zdziwił się, ale dopiero w piątym hotelu było coś wolnego. W recepcji zaproponowano mi pokój z klimatyzacją za 800 rupii. Dość drogo, ale miałem już dosyć chodzenia od drzwi do drzwi i się zdecydowałem. Po przeniesieniu bagaży do pokoju, wróciłem do recepcji, aby zapłacić. Na wystawionych rachunku zamiast 800 rupii było 1600… Koleś zaczął tłumaczyć, że pokój co prawda kosztuje 800, ale jest jeszcze dodatkowa opłaca za klimatyzację w wysokości kolejnych 800 rupii. Po krótkiej kłótni opuściłem hotel i poszedłem szukać dalej. Po drodze spotkałem mojego „hotelowego przewodnika”, który szczęśliwy właśnie wracał do hotelu po prowizję od załatwionego klienta, chociaż, że już wcześniej mnie skasował za przywiezienie do hotelu. Klient odszedł, a więc ani grosza nie dostał. Żar leje się z nieba, czas leci, a nic wolnego nie mogłem znaleźć. Zdenerwowany postanowiłem wrócić na dworzec i pojechać od razu do Kochi. Po drodze jednak zatrzymałem się jeszcze przy jednym hotelu, gdzie w końcu znalazł się wolny pokój za przyzwoitą cenę. Wszedłem do pokoju, włączyłem wiatrak, podłączyłem ładowarki do telefonu i aparatu i padłem na łóżko. Nagle zrobiło się ciemno w pokoju i w całym mieście. Wiatrak przestał się kręcić. Nie ma prądu… Welcome to India…
Tak minął pierwszy dzień w Indiach. Na szczęście później było już znacznie lepiej, a Indie nie okazały się być takie straszne jak je opisywano. Choć na północy kraju ponoć jest gorzej
zobacz więcej…