Warunki w slumsach Cebu są zdecydowanie lepsze niż w Manili. Nie jest aż tak ciasno i nie ma takiej ilości śmieci. Ich powierzchnia stale zmniejsza się na rzecz blokowisk, biurowców oraz centrów handlowych, co widać w oddali na poniższym zdjęciu.


Warunki w slumsach Cebu są zdecydowanie lepsze niż w Manili. Nie jest aż tak ciasno i nie ma takiej ilości śmieci. Ich powierzchnia stale zmniejsza się na rzecz blokowisk, biurowców oraz centrów handlowych, co widać w oddali na poniższym zdjęciu.


Podróż powrotną z gór do Manili można opisać w trzech słowach: wolno, ciasno i nerwowo. Jednak takie podróże mają swój urok i na długo pozostają w pamięci. W Manili zatrzymałem się na jedną noc w hostelu należący do Hostelling International. Po prostu luksus:

Następnego dnia poleciałem na wyspę Boracay, znajdującą się mniej więcej w połowie trasy do Cebu, miasta z którego będę upuszczał Filipiny. Wyspa pełna turystów, choć nie aż tak jak Krabi czy Phuket w Tajlandii. Wystarczy przejść się kawałek na północ od White Beach i możemy poczuć się jak w raju. Tak pięknej plaży nigdzie jeszcze nie widziałem.


W Manili planowałem zostać jeszcze jeden dzień dłużej. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że był piątek, zaś w górach może być problem z dostępem do internetu, a więc i z możliwością pracy, postanowiłem wyjechać na początku weekendu. Wieczorem spakowałem się i pojechałem na dworzec autobusowy. Według relacji w internecie bilety na nocny autobus najlepiej kupić z rana, ponieważ szybko się kończą. Nie miałem więc pewności, czy bilet jeszcze dostanę. Zaś czasu było za mało, aby najpierw go kupić, a następnie wrócić po bagaże. Każda podróż po tym kraju dostarcza wiele emocji, nawet z jednej dzielnicy miasta do drugiej. Tak więc spędziłem ok. godziny w korkach jadąc jeepeneyem, następnie stałem w długiej kolejce do kasy po bilet na pociąg. Był jeden automat, ale oczywiście nie działający. Później przesiadka na drugi pociąg. Tym razem na dworcu było aż 8 automatów na bilety i żadnej normalnej kasy. Szkoda tylko, że siedem nie działało, a po 30min. stania w kolejce popsuł się ósmy i bilety zaczęła sprzedawać kobieta w informacji. Nie miałem kompletnie czasu, więc opuściłem dworzec w poszukiwaniu taksówki. Zamiast niej podjechała na starym, zardzewiałym motorze z przyczepką po boku, trójka dzieciaków. Najstarszy miał może 12-13 lat. Wsiadłem i po kilku próbach odpalenia wehikułu ruszyliśmy w kierunku dworca. Ulice były zakorkowane, więc jechaliśmy chodnikiem pomiędzy ludźmi, a gdy chodnik się skończył ruszyliśmy ulicą pod prąd. Trochę się bałem, ale dla nich taka jazda to chyba codzienność… po ok. 20 min. byliśmy na miejscu.
Na szczęście bilety były dostępne i po nocy przespanej w autobusie znalazłem się w Banaue, gdzie swoje kroki skierowałem do pierwszego lepszego guest house’a – Greenview Lodge. Cena atrakcyjna ok. 15zł za pokój jednoosobowy. Szkoda tylko, że brak gniazdek w pokoju, a za gorącą wodę pod prysznicem trzeba płacić osobno. Ciekawa była reakcja właścicielki na pytanie o gniazdko. Taką zrobiła minę, jakbym zapytał dlaczego w pokoju nie ma jacuzzi czy LCD. Zaproponowała jedynie za dodatkową opłatą naładowanie telefonu w recepcji. Przeszedłem się po innych miejscach noclegowych w okolicy i wszędzie sytuacja wyglądała podobnie. Najwyraźniej tutaj prąd to pewien luksus. W restauracji Greenview Lodge spotkałem szóstkę Polaków, którzy wybierali się następnego dnia zobaczyć tarasy w Batad. Wieczorem trochę porozmawialiśmy, wypiliśmy, zapaliliśmy jakieś cudo i spać.
Im bliżej byliśmy Batad tym droga była gorsza. Jazda na zboczu urwiska oraz coraz więcej dużych kamieni na drodze, które musiały spaść ze „ściętej” wzdłuż drogi góry. Nie wyobrażam sobie pokonywać tej trasy w trakcie ulewnych deszczów. W Batad wraz z przewodnikiem (zupełnie zbędnym) chodziliśmy po tarasach ryżowych. Towarzyszył nam również Santa Claus – starszy, sympatyczny Chilijczyk z długą brodą. Wbrew obawom, wędrówka nie sprawiła większych problemów. Trzeba było jedynie co jakiś czas robić przerwę na krótki odpoczynek. W wiosce znajduje się się zarówno szkoła jak i kościół, w którym odbywała się akurat Msza Św. Wkoło dużo roześmianych i chętnie pozujących do zdjęć dzieci.
Wieczorem planowałem skierować się do najbliższego miasta – Bontocu. Niestety po godz. 16 już żaden autobus nie jechał w tym kierunku i musiałem spędzić jeszcze jedną noc w Banaue. Następnego dnia poszedłem na autobus, który miał planowo przyjechać o godz 11:00. Pojawił się z dwugodzinnym opóźnieniem. Był tak przepełniony, że jedyne wolne miejsca znajdowały się na dachu wśród bagaży, owoców oraz warzyw. Filipińczycy ścisnęli się trochę i znalazło się dla mnie miejsce do siedzenia na skrawku opony z oparciem o worki z ananasami. Takiej miejscówki jeszcze nigdy w życiu nie miałem
Sama podróż to ciągłe zakręty, jazda na zboczach gór, czasami na drodze asfalt, czasami tylko piach, a innym razem trzeba było czekać aż spychacz wyczyści drogę z kamieni.
W Bontocu postanowiłem spędzić jeden dzień. Poszedłem do znalezionego w sieci kilka dni wcześniej hotelu, w którym miał być dostępny internet. Okazało się, że internet jest, ale w kawiarence internetowej jakieś 100m od hotelu. Za to gratis na stole w pokoju znalazłem biblię, a wieczorem w hotelowej restauracji rodzina właścicielki śpiewała karaoke do religijnych pieśni.
Kolejnego dnia byłem już w Sagadzie. Mała, ale dość turystyczna miejscowość wśród tarasów ryżowych. Tym razem w pokoju hostelu miałem wifi niezbędne mi do pracy, łazienkę z gorącą wodą, zbędne TV i dwa ogromne karaluchy. Wszystko za tylko nieco większe pieniądze niż w Banaue. W Sagadzie spędziłem łącznie 5 dni, które upłynęły mi na chodzeniu po tarasach, odpoczywaniu oraz pracy.
Wiszący most w Banaue

Banaue

Tarasy ryżowe w Batad

Dzieci w Batad

Panorama tarasów w Sagadzie

Droga do Sagady

zobacz więcej: Banaue, Batad oraz Sagada.
Rzeki zamienione w ścieki wymieszane ze śmieciami, a w nich bawiące się dzieci. Wokół liczne slumsy, zbudowane z pordzewiałem blachy, kilku desek i pewnie wielu innych rzeczy jakie był pod ręką. Widok był przerażający, tak inny od Malezji czy Tajlandii.
W autobusie konduktorka nie wydała mi oraz dwóm Anglikom reszty twierdząc, że w tej chwili nie ma drobnych i odda nam później w czasie drogi. Na pierwszym przystanku w Manili wysiadł jeden Anglik. Kobieta udawała, że nic nie wie o oddaniu reszty, ale po krótkiej kłótni oddała mu pieniądze. W Pasay City wysiadłem razem z drugim Anglikiem i sytuacja się powtórzyła. Ponownie kobieta udawała, że nie ma nam nic do oddania. Jednak w rezultacie oddała pieniądze przepraszając, że zapomniała… oczywiście.
Na dworcu „rzucili się” na nas taksówkarze, każdy oferował transport do hostelu za „Special Price for You”
Wyszedłem z dworca idąc kawałek ulicą. Co chwilę podbiegały do mnie małe dzieci z wyciągniętymi rękoma prosząc o pieniądze. Okropne, takiej biedy nigdzie jeszcze nie widziałem. Według informacji z hostelu miałem kierować się do dzielnicy Sucat. Zatrzymałem jeepenya – odpowiednik autobusów miejskich, który miał z boku wypisaną tą dzielnicę. Ludzie w środku gapili się na mnie i uśmiechali. Jeepeneye są bardzo niskie i przy moim wzroście z dużym plecaku oraz z torbą podróżną wyglądałem dość komicznie. Gdy dotarliśmy na Sucat Rd próbowałem dopytać się przechodniów o drogę do hostelu. Nieskutecznie. Ulica jest bardzo długa i spacer wzdłuż niej mógłby zająć kilka godzin. W końcu za namową policjanta wsiadłem do taksówki. Taksówkarz nie chciał włączyć taxometra, twierdząc, że z nim będzie drożej. Gdy nalegałem powiedział, że się taxometr się zepsuł. Dopiero gdy chciałem wyjść z taksówki nagle zaczął działać… Mimo wszystko taksówkarz naciągnął mnie jadąc okrężną drogą, o czym się przekonałem sprawdzając drogę na mapie. Miał do zrobienia zaledwie 2 km, zrobiliśmy chyba z 8 km krążąc małymi uliczkami.
Hostel bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dormitorium czyste, tylko cztery łóżka w klimatyzowanym pokoju, z czego trzy przez cały mój pobyt były wolne. Poza tym TV, internet bezprzewodowy oraz ciepła woda w łazience. Wszystko za zaledwie ok. 15zł dziennie. Idealne warunki, aby trochę popracować i nadrobić zaległości.
Manila jest miastem o ogromnym rozwarstwieniu społecznych. Bedąc w centrum można zobaczyć liczne wieżowce dzielnicy biznesowej, odwiedzić czwarte największe na świecie centrum handlowe czy też pochodzić po Intramuros – najstarszej dzielnicy miasta, pełnej zabytków hiszpańskiej architektury. Jednak nawet w tych miejscach można spotkać żebraków czy całe rodziny śpiące na chodnikach. Poza centrum miasto wygląda zupełnie inaczej. Wszechobecne śmieci, smród spalin i moczu oraz ogromne obszary pokryte slumsami pozbawionymi prądu oraz wody.
Idąc przez miasto rzuca się w oczy duża liczba ochroniarzy i policji. Przed bankami uzbrojeni w karabiny, w restauracjach często z pałką u boku. Wchodząc do marketu ochrona sprawdza zawartość torby, a czasami również kieszeni. Przy kasie reklamówki z zakupionym towarem są zawiązywane, a przy wyjściu z budynku trzeba je pokazać wraz z paragonem. Ceny oczywiście są bardzo niskie, może nawet najniższe w Azji. T-Shirt na Sucat Rd. można było dostać już za ok. 3zł.
Intramuros

Jeepney

Typowy widok na ulicach Manilli

Pisuar na chodniku

Slumsy

Rok Tygrysa rozpoczął się 14 lutego 2010. Z lekkim opóźnieniem dodałem kilka zdjęć z tego wydarzenia.
Wszystkiego najlepszego dla Dziewczyn i Kobiet, o ile w ogóle tutaj zaglądają
Kilka sekund po północy

Karuzela trochę za bardzo się rozpędziła…

Zapraszam do galerii zdjęć z Singapuru. Podpisy dodam później.
Nocna panorama dzielnicy biznesowej

Ogromna fontanna z pokazem laserów

Panorama miasta z Singapore Flyer

Japoński ogród

Pokaz z papugami w amfiteatrze na Santosie

Dzieci bawiące się przy fontannie na Santosie
